Mikołaj

Przyszedłem na świat w 77 roku. Rodzice wychowywali mnie w duchu tradycji wyniesionej z własnych domów. Zostałem ochrzczony, przystąpiłem do pierwszej komunii i bierzmowania. Chodziliśmy co niedzielę do kościoła, wyprawialiśmy rodzinne święta. Wszystko wyglądało więc podobnie, jak w statystycznej, religijnej polskiej rodzinie. W moich oczach utrwalał się obraz wiary jako narodowej tradycji. Uczestnictwo we mszy było obowiązkiem, takim samym jak nauka czy praca. Odświętna niedziela, wyprasowane spodnie i koszula były kolejnym punktem, który trzeba wypełnić. Tak po prostu, bo w życiu tak już jest, że "pewne rzeczy się robi i nie trzeba wszystkiego rozumieć". Bóg miał jednak wobec naszej rodziny swoje plany... Kiedy miałem 15 lat mój tata doświadczył nowego narodzenia. Pewnego letniego dnia wszedł do jeziora żeby pływać i wyszedł stamtąd innym człowiekiem. Doświadczył jedności z Bogiem, z naturą i całym wszechświatem. Tata zaczął czytać Pismo Święte. Chcąc dzielić się ze wszystkimi swoim cudownym odkryciem napisał też krótką książkę, która była świadectwem otrzymania nowego życia. Dla wielu ludzi stał się jednak niezrozumiały. Niektórzy nawet odwracali się i przestawali do niego odzywać. Tata nie miał również pełnej akceptacji w rodzinie. Niemniej do mnie lektura tych rozważań bardzo trafiła, a wręcz zachwyciła mnie. Wydawało mi się jednak, że jest dla mnie za wcześnie, żeby przemieniać swoje życie, "bo nie było czego". Młodzieńcza naiwność nie pozwalała mi zdawać sobie sprawy z niebezpieczeństw tego świata. W momencie, kiedy życie stawiało przede mną pierwsze wielkie wyzwania, wymagające właśnie największej mobilizacji, mój zmysł czujności był całkiem uśpiony.

Przyszedł okres nauki w liceum i lata dorastania, a wraz z nimi wielka fala popełnionych błędów. Stałem się bardzo podatny na wpływy innych, bo chciałem zmiany swojej osobowości. W szkole podstawowej stałem zwykle na uboczu. Byłem spokojny, cichy i nieśmiały. Żyłem w swoim świecie. Ale środowisko licealne kazało mi z tą naturą definitywnie zerwać. Zapragnąłem zupełnej przemiany ...i udało się. Uległem nowej wizji świata, w której najważniejsze były pieniądze i pozycja w oczach innych. Chciałem być odtąd pewny siebie, modny, lubiany. Toteż szybko znalazłem paczkę przyjaciół. Towarzystwo wzajemnej adoracji, ludzi od imprez, picia, wagarów i lekkiego stosunku do całego życia. Poznawałem świat, w którym trzeba się "rozpychać" i chodzić na skróty, tak żeby osiągnąć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem. Widziałm przyszłość przez różowe okulary. Marzyłem o sławie i łatwych pieniądzach. Utopijne wizje i sielanka szybko jednak przerodziły się w pasmo problemów - liczne konflikty z rodzicami i kłopoty w nauce. Nie byłem znowu jakimś najgorszym. Każdy wokół mnie miał swoje, podobne problemy, więc można by powiedzieć, że nie wyróżniałem się w żadną stronę. Tym bardziej wydawało mi się, że nie potrzebuję w swoim życiu niczego zmieniać. W przeciętności czułem się bezpiecznie.

Nikogo chyba nie zdziwi,że do kościoła również przychodziłem nieregularnie. Pamiętam miesiące, że byłem tam rzadkim gościem, jak i takie, kiedy grałem na gitarze i śpiewałem w zespole. Kilkakrotnie jeździłem też na spotkania młodych nad Lednicę. Z punktu widzenia znajomych byłem wówczas od razu "święty" i "nawiedzony". Mimo to brałem też udział w dodatkowych inicjatywach społecznych. Niestety przez dobre uczynki usprawiedliwiałem te złe... Oddzielałem sprawy doczesne od duchowych, prowadząc tak naprawdę podwójne życie. Czas dla Boga był zarezerwowany w kościele, a poza nim toczył się bój o problemy doczesne, pieniądze i szereg spraw, które głęboko wierzyłem, że zależą tylko ode mnie. Takie podejście było dla mnie całkiem normalne. I wciąż pojawiał się ten sam scenariusz. Kiedy już wydawało mi się, że odnalazłem właściwą drogę, napotykałem coś czego nie potrafiłem zaakceptować. Jednym razem odwoływano wspaniałego księdza, kiedy indziej chodził do kościoła ktoś, którego życie oceniałem jako złe. Patrzyłem na innych, choć mnie samego od ideału dzieliła przepaść! Moją egzystencją rządził chaos. Wiele razy dopuszczałem do głosu myśli, że życie nie ma sensu. Brakowało mi siły, motywacji, albo wytrwałości w postanowieniach. Po ukończeniu liceum rozpocząłem pracę i studia. Ale tutaj również nie obyło się bez zmian. Skończyłem dopiero trzecią z rzędu uczelnię - ostatecznie na kierunku fotografii artystycznej. Nie układały mi się również dobrze stosunki z pracodawcami. Nie zawsze byłem wobec nich uczciwy, tłumacząc się przed sobą słabymi zarobkami. Jednak obojętnie jakie te nie były, zawsze wydawały się za niskie. Aż założyłem własną firmę, gdzie zająłem się produkcją filmów - z początku promujących regiony kraju, później reklam, co przyniosło mi wiele radości i szacunku w gronie rodziny oraz przyjaciół. Ale i tym razem szczęście nie trwało długo. Niezależnie od nadchodzących sukcesów czy porażek, bo te przeplatały się naprzemiennie, w moim życiu wciąż czegoś brakowało. Byłem przekonany, że tym czymś, lekarstwem na wszystkie problemy, może być dla mnie miłość. Aż pokochałem do szaleństwa dziewczynę, tak że szybko postawiłem ją na pierwszym miejscu w moim życiu. Przez rok świat kręcił się dla mnie wokół niej. Dla niej miałem motywację żeby rano z uśmiechem wstać, iść do pracy, zarabiać pieniądze żeby stworzyć kiedyś rodzinę. Mówiłem sobie wtedy, że "teraz nic nie może stanąć mi na przeszkodzie"... Zdobyłem pewność siebie i odnosiłem sukcesy zawodowe. Czar prysł, kiedy pewnego dnia ona odeszła. Zostawiła mnie (dla innego), czyniąc moje życie w jednej chwili bezwartościowym. Wszystko czym żyłem przepadło. Na długi czas świat się dla mnie zawalił. Wtedy nagle przypomniałem sobie o Bogu, którego obarczyłem całą winą za to co się stało. Pomału zaczęło do mnie dochodzić, że taka wizja życia prowadzi do piekła na ziemii i piekła w wieczności. Zaczęło się we mnie dziać coś, czego jeszcze nie rozumiałem. Zacząłem widzieć swoje błędy i czuć ich niebywały ciężar. Stanąłem nad przepaścią, skąd wydawało się nie być ucieczki. Dzisiaj wiem, że wtedy rękę podał mi Bóg...

W 2006 roku zapragnąłem zbliżyć się do odległej rodziny, z którą od wielu lat nie utrzymywaliśmy kontaktu - 7 lat ode mnie starszej kuzynki mojej mamy - Kasi, z mężem Zbyszkiem i dwójką kilkuletnich dzieci. Wiedziałem tyle, że nie byli oni zwyczajni jak wszyscy, a ich "odmienność" polegała na tym, że należeli do innego kościoła. Wybrałem się do nich z Poznania pod Warszawę, a towarzyszyła mi wielka nadzieja. Na miejscu dane było mi szybko odkryć, że moi bliscy to wielki skarb! Ujrzałem w nich radość i miłość do Boga! Szybko stali się dla mnie świadectwem jak należy żyć. Imponowali mi swoją wielką wiarą i umiejętnością jej wyrażania w codzienności. Byłem jednak przekonany, że ja tak nie potrafię i z jednej strony chciałbym być taki jak oni, ale ciężar całej przeszłości mi na to nie pozwala. W miarę możliwości w ciągu roku odwiedzałem później odkrytą na nowo rodzinę i za każdym razem były to dla mnie piękne "rekolekcje". Światło, które wypełniało coraz mocniej moje serce, pomogło mi uwierzyć, że miłosierdzie i przebaczenie Boga dostępne jest dla każdego, tylko trzeba się na nie w zdecydowany sposób otworzyć. Postanowiłem odwrócić się od dotychczasowego spojrzenia na świat. Zrozumiałem, że ludzka natura zawsze będzie obarczona niedoskonałością i że nie jest to bynajmniej powód do oddania walkowera. Zmiana życia musi się opierać na wyborze właściwego kierunku. Tak, aby choć wolno, ale przez cały czas zbliżać się do Boga! I to właśnie nazywa się dążeniem do świętości!!! Bóg zaczął odkrywać przede mną prawdę, nieraz bardzo bolesną, bo dotyczącą zepsucia mojego dotychczasowego życia. Uruchomił się pewien proces, który będzie trwał chyba już do końca. Jest to świadomość, że jestem niedoskonały i grzeszny, że ode mnie samego nic nie zależy, a w codziennych nawet najmniejszych wyborach mam kierować się nauką Jezusa. Przed oczami zacząłem widzieć film z dokładnymi scenami z przeszłości, o których już zapomniałem. Był to moment "upamiętania". [Dz.Ap.2:38]. Z zewnątrz byłem taki jak wiele ludzi, z dobrego domu.
Pomimo tego, że Kasia i Zbyszek, od których zaczęło się moje nawrócenie należeli do innego kościoła chrześcijańskiego (pot. "protestanckiego"), nadal chciałem być katolikiem. Oni też w żaden sposób nie wpływali na mnie, abym zdecydował inaczej. Wszystko było moim wyborem. W związku z pracą przeprowadziłem się na pewien czas do Rzeszowa i trafiłem tam do kościoła O.Dominikanów. Zacząłem brać udział w spotkaniach duszpasterstwa akademickiego. Zaskoczyło mnie bardzo, kiedy pewien Ojciec mówił, że nie bierze udziału w drodze krzyżowej. Pytany o to - dlaczego - odparł, że jest ona domniemanym, wymyślonym przebiegiem zdarzeń, którego odzwierciedlenia nie znajdujemy w Ewangeliach... Zastanowiło mnie to bardzo i zmusiło do refleksji. Przy innej okazji, ów Ojciec, wyrażał też niepokój o słuszności kultu maryjnego, jako częstokroć mocniejszego od uwielbienia i czci dla Boga czy Jezusa. Kiedy padły też słowa "trzymajmy się Pisma Świętego", odnoszące się do jego nieskażonego autorytetu i korzeni chrześcijaństwa, od razu przypomniały mi się słowa Kasi i Zbyszka, którzy powtarzali, że fundamentem wiary może być właśnie tylko Biblia. Pomimo,że było mi przy nich wstyd, że nigdy sam nie czytałem Słowa Bożego, nie umiałem się długo do tego zmobilizować. A Pan Bóg przez cały czas właśnie na to czekał! W jaki inny sposób miałby odpowiedzieć na moje pytania, dziękczynienia, prośby? Aż w końcu przyszła do mnie olbrzymia siła motywacji i otworzyłem Pismo Święte - Nowy Testament. Zawsze Biblia w moim domu była, ale umiałem po nią sięgnąć. Coś mnie powstrzymywało. Kiedyś myślałem, że jest ona zarezerwowana dla księży albo "świętych". Nagle jednak Bóg zmienił mój stereotyp myślenia, a wraz z nim zaczął zmieniać moje życie. Nauka płynąca z Pisma Świętego była dla mnie czymś zupełnie nowym, pomimo, że wcześniej słuchałem "czytań" w kościele. Szybko zrozumiałem, że były one bardzo wybiórcze i wciąż się powtarzały. W miarę zagłębiania się w lekturze, chciałem poznawać naukę Jezusa coraz bardziej i bardziej, dosłownie przesiąknąć nią. Zainteresowałem się równocześnie historią kościoła. Zapragnąłem dowiedzieć się co było dalej, po służbie apostolskiej. Informacje, które do mnie docierały były nieraz bardzo przykre i przygnębiające, ale stanowiły zarazem wypełnienie się słów Ewangelii. Szybko zrozumiałem, że nie ma kompromisu pomiędzy oddaniem życia Bogu i trwaniem w tradycji oraz przyzwyczajeniach. Czyniąc Jezusa Panem swojego życia, dokonujemy wyboru na dobre i na złe, na każdy dzień. Tak aby czynna służba dla Jego chwały - w domu, w pracy, na ulicy, stała się największą radością! Dzisiaj odkrywam, że to co w oczach świata jest wielkie, dla Boga jest marnością. Brak posiadania czy ubóstwo są skarbem, tak samo jak chęć pozostania w cieniu, zamiast błyszczenia w oczach innych. Jezus Chrystus jest odpowiedzią na wszystko, On sprawia że doskonalimy się w oczach naszego Ojca, odrzucając przez cały czas rodzący się grzech oraz tocząc ciągły bój z wartościami panującymi w obecnym świecie, czego autorem jest szatan.

Na początku 2008 roku Bóg dał mi pragnienie abym szukał odrodzonego kościoła, społeczności, tak aby zasiane w moim sercu ziarno prawdy miało możliwość wzrastać. Bałem się tego co nowe i nieznane. Związek z tradycją był u mnie bardzo silny. Nie wiedziałem, że będę musiał jednak zostawić to w czym przyszedłem na świat. Przerastała mnie myśl, że wszystko czemu wcześniej w pełni ufałem, wierzyłem, jest w dużej mierze dziełem rąk człowieka. Pismo Święte dawało mi szereg odpowiedzi na liczne pytania, które do Boga zanosiłem. Biblia stała się dla mnie jedynym autorytetem, w miejscu wcześniejszych ludzkich jednostek i wypływającego z nich nauczania. Zacząłem słuchać jedynie nauki Jezusa. Stał się On dla mnie jedynym Autorytetem i Nauczycielem. Zrozumiałem, że muszę znaleźć Kościół, który będzie tym, o jakim Jezus Chrystus mówi. Nie budynkiem, organizacją, świątynią, "po czym nie zostanie kamień na kamieniu", ale Kościołem w znaczeniu Społeczności stanowiącej Jedność w Bogu. Szukałem Społeczności i znalazłem ją. Nazywa się "Koinonia" i należy do Kościoła Chrześcijan Baptystów. Kiedy pierwszy raz dotarłem w to miejsce, towarzyszyła mi nieopisana radość, poczucie wielkiego szczęścia! Jest to wspólnota ludzi podobnych do mnie - odrodzonych chrześcijan, którzy postanowili uczynić Jezusa Panem swojego życia. Spostrzegłem szybko, że jest to rodzina sióstr i braci, gdzie wszyscy wzajemnie wspierają się w obranej drodze z Panem. Kościół ten kieruje się jedynie nauką wypływającą z Pisma Świętego, które jest źródłem Chrześcijaństwa. Pismo Święte sugeruje, że to co rodzi się na tym świecie, łącznie z wielkimi cudami czy znakami, może pochodzić od szatana. (np. Mateusza 24:24, II LIst do Koryntian 11:14). Nie chcąc nawet oceniać tego co powstało do dziś dnia - myśląc tu o szeregu dogmatów i kultów, lub wszelkiego zła w historii kościoła, założeniem bezpieczniejszym jest przyjąć czystą naukę Jezusa, tak samo aktualną do zbawienia i życia wiecznego 2000 lat temu jak i dziś. Sam Chrystus mówi, ze Jego nauka jest wieczna (Jana 8:51).

Czuję dziś w swoim życiu silne działanie Ducha Świętego. Wszystkie problemy powierzam Bogu. Uczę się modlić... zamiast tego co potrafiłem dotąd czyli odmawiania modlitw. To co wyuczone i martwe, zamieniłem w szczere pragnienie. Chętnie uczestniczę w dodatkowych spotkaniach, gdzie wspólnie się modlimy i rozważamy nauki Biblijne. Odkąd zdecydowałem podążać za Panem, wszystko wokół mnie zaczęło się zmieniać na lepsze. A może to wszystko było, tylko tego nie dostrzegałem? Wiem, że to co mnie spotkało pochodzi od Boga. To On dał mi nowe życie, za co składam dziękczynienie każdego dnia! Przyjąłem świadomie chrzest, stając się nowym stworzeniem w Jezusie Chrystusie!

Mikołaj
Poznań, czerwiec 2008

Osobista strona:
http://tylkojezus.republika.pl