|
|
|
|
Świadectwo miłości Boga – który obdarzył mnie łaską i dał się poznać jako jedyny Zbawiciel.
Mój tata, choć nigdy nie negował istnienia Boga, rzadko przejawiał jakąkolwiek inicjatywę w sprawach wiary - mam tu na myśli chodzenie do Kościoła, wspólną modlitwę czy rozmowy o Bogu. Mama z kolei miewała różne okresy – czasem w ogóle nie uczęszczała do kościoła innym razem spędzała tam mnóstwo czasu. Moja rodzina daleka była od ideału, co we mnie jako w młodym człowieku budziło frustrację, dopiero dziś patrząc z perspektywy lat i moich własnych doświadczeń jestem w sercu wdzięczny Bogu za moich rodziców. Odkąd sięgam pamięcią istnienie Boga było dla mnie zawsze czymś naturalnym, oczywistym i niepodważalnym, pamiętam jak bardzo lubiłem chodzić na lekcje religii, na których zawsze wykazywałem się dużą aktywnością, a po przyjęciu pierwszej komunii natychmiast rozpocząłem trwającą pięć lat służbę jako ministrant. Następnie wkroczyłem na kolejne etapy życia - szkoła zawodowa, po której ukończeniu rozpocząłem pracę jednocześnie ucząc się w technikum zaocznym, potem kilkumiesięczna przygoda związana ze służbą wojskową i kolejne nowe miejsce pracy. Życie płynęło dość beztrosko, mój czas dzieliłem między pracę, znajomych, jazdę na motorze, imprezy, wiodłem żywot polegający przede wszystkim na wymyślaniu, a potem zaspakajaniu, przeróżnych zachcianek i przyjemności. I tak było aż do 24 roku życia. Pod koniec sierpnia 1989r. wróciłem z kolejnych motocyklowych wakacji i postanowiłem wybrać się do znajomych by podzielić się wrażeniami. W czasie gdy my pochłonięci byliśmy rozmową zauważyłem, że dzieckiem moich znajomych zajmuje się pewna dziewczyna, Agnieszka, która zdecydowanie zwróciła moją uwagę. Następnego dnia pod wymyślonym pretekstem ponownie zjawiłem się u moich znajomych i gdy ponownie zobaczyłem ową dziewczynę zacząłem mieć problemy z koncentracją, biciem serca, oddychaniem – byłem nią oczarowany, zakochałem się. W ciągu następnych kilku dni staliśmy się nierozłączni. Byłem pewien, że to ta jedyna i że moje serce nie należy już do mnie, lecz do niej, wiedziałem, tak po prostu, że to jest kobieta, z którą chcę spędzić resztę życia i tak się też rzeczywiście stało. W 1992r. urodziła się nasza córka- Asia- która stała się dopełnieniem naszego wspólnego szczęścia. Dziś, wraz z żoną znamy się od 17 lat, od 14-u jesteśmy małżeństwem i każdy kolejny dzień naszego wspólnego życia sprawia nie to, że wyczerpują się pokłady naszej miłości, lecz jest odwrotnie -nasza miłość staje się trwalsza, bogatsza, bardziej niezłomna bo oparta na fundamencie Jezusa Chrystusa, ale nie zawsze tak było, a wszystko zaczęło się mniej więcej trzy lata po naszym ślubie, kiedy Asia mogła już rozpocząć "przedszkolną przygodę", postanowiliśmy wtedy, że żona podejmie pracę. Pewnego dnia jedna ze współpracownic oznajmiła mojej żonie: "Jezus Cię kocha" i to był dzień, w którym rozpoczęła się droga Agnieszki z Bogiem. Od tamtego dnia obserwowałem, jak dzień po dniu, na moich oczach miała miejsce jakaś niesamowita zmiana, którą nie za bardzo mogłem zrozumieć. Moja żona zaczęła czytać Słowo Boże i nieustannie odkrywała jakąś myśl, często była zaskoczona mądrością i miłością płynącą ze stron Biblii. Pewnego dnia po powrocie z pracy z wielkim entuzjazmem i w bardzo przekonywujący sposób wręcz wykrzyczała mi jak bardzo mnie kocha, było to o tyle zaskakujące, że moja żona jest osobą raczej skrytą i choć ma bardzo dużo ciepła w sobie nie okazuje uczuć w sposób ekspresywny. Agnieszka zaczęła spotykać się z chrześcijanami i po pewnym czasie w naszym mieszkaniu rozpoczęły się grupy biblijne, na które się zgodziłem jednak zdecydowanie nie miałem zamiaru w nich uczestniczyć, bo choć zmiana w mojej żonie mi “nie przeszkadzała” to jednak stroniłem od bezpośrednich kontaktów z nowymi znajomymi mojej żony. Jednak ciekawość często brała górę i pod różnymi pretekstami zaglądałem do pokoju, w którym zebrani studiowali Słowo Boże. Zauważyłem też, że kiedy już znajdowałem się z nimi w pokoju to intrygowało mnie to, co było tam mówione, nauczanie, rozmowy, czekałem tylko, żeby wyłowić jakieś haczyki, na których bazie mógłbym w późniejszych rozmowach z Agą wybić jej z głowy cała tą zabawę w chrześcijaństwo. Bóg jednak rozpoczął już Swoje dzieło w moim sercu i choć za datę mojego nawrócenia przyjąłem późniejszy czas, myślę, że tamte dni to był okres, w którym Bóg przygotowywał moje serce na przyjęcie Go i Jego Prawdy. Myślę, że tak było gdyż właśnie owe próby podważania Słowa Bożego nie tylko kończyły się fiaskiem, ale przynosiły dokładnie odwrotny skutek - odkrywałem prawdy w Biblii, Bóg pokazywał mi w swoim Słowie coraz to nowe rzeczy, które zmieniały diametralnie mój światopogląd z dnia na dzień, z godziny na godzinę odnajdywałem Prawdę o sobie , o człowieku, o świecie. W trzy miesiące po usłyszeniu przez moją żonę prawdy o miłości Jezusa Agnieszka przyjęła chrzest. Uczestniczyłem w tym wydarzeniu (wtedy jednak znów kontrolnie ) i nie zauważyłem niczego, co zaniepokoiłoby moje serce. W trakcie tej uroczystości poznałem dwoje ludzi, którzy choć wydawali mi się początkowo dziwni, bo jacyś tacy pełni radości i miłości, niespotykanej na co dzień, zaintrygowali mnie sobą i swoją postawą wobec innych. Z czasem coraz więcej czasu spędzałem z chrześcijanami, polubiłem ich towarzystwo, wspólne rozmowy, atmosferę, którą krótko można było określić jako przepełnioną miłością. Dzisiaj patrząc wstecz wiem, że dzieło Boże odbywało się na moich oczach - zmienione życie Agi, ciągłe odkrywanie nowych prawd Bożego Słowa i wynikające z tego przetasowania w moich poglądach to sprawiło, że postanowiłem to wszystko przemyśleć i coś z tym zrobić. Wydawać by się mogło, że nic wielkiego - przecież ciągle mamy do przemyślenia różne sprawy i podejmowanie decyzji, jednak w tym przypadku to był przełom. Jak wcześniej wspominałem moje dotychczasowe życie przebiegało w schemacie – określić sobie cel i go osiągnąć, gdyby nie Boża Łaska niechybnie ten właśnie schemat stałby się moja zgubą. Twierdzę tak, ponieważ większość z tych celów udawało mi się osiągać, byłem lubiany w towarzystwie, miałem rodzinę, jaką sobie wymarzyłem, zastanawiałem się: Czy takiemu człowiekowi potrzebny jest Bóg, skoro on sam doskonale daje sobie radę? Myślałem o ludziach, których właśnie poznawałem, z którymi świetnie się czułem, ale ciągle wydawali mi się mimo wszystko dziwni; wtedy wydarzyło się coś czego nie planowałem, czego się nie spodziewałem… Zastanawiałem się: ci ludzie, których poznałem - chrześcijanie tak się miłują, są dla siebie oparciem, troszczą się o siebie, ale dalej wydają mi się inni, dziwni… Dziś wiem, że tylko moc Boga Wszechmogącego może sprawić, że umysł i serce człowieka, nawet takiego jak ja, zostaje przemienione i zdobywa się na zadanie sobie pytania - A MOŻE TO ZE MNĄ JEST COŚ NIE TAK? Wtedy miłosierny Bóg i Zbawca naprawił moje serce i sprawił, że runęły fortyfikacje zbudowane na mojej pysze i dumie i mogłem szczerze samemu sobie twierdząco odpowiedzieć na to pytanie, zapragnąłem wtedy, by Bóg odmienił mnie i moje życie, słyszałem już wcześniej, że aby zostać zbawionym powinienem wyznać Panu Jezusowi, że jestem grzeszny i że wierzę w to, że Jego męczeńska śmierć i zmartwychwstanie jest zapłatą za moje grzechy, czułem potrzebę pomodlenia się do Ojca w ten sposób, jednak w owym czasie w moim życiu miał miejsce grzech, który ciągle powracał. Było mi z tym bardzo źle, ponieważ mój duch już pragnął posłuszeństwa Bogu, Ojcu, i zawsze gdy chciałem oddać Mu swoje życie, świadomość owego grzechu sprawiała, że względem Boga czułem się nie w porządku. Byłem duchowym noworodkiem i choć słyszałem jak Bóg uwalnia ludzi z różnego rodzaju zniewoleń, nie miałem na tyle wiary by zerwać z tym grzechem i przyjść do Boga w pełni. Jednak nadszedł czas kiedy ze szczerym sercem stanąłem przed Panem Jezusem i prosiłem Go by mnie uwolnił od tego i bym nie ponosił konsekwencji związanych z tym, co zrobiłem w przeszłości. Tak się też stało. Bóg w swojej nieskończonej miłości okazał mi łaskę - poniosłem minimalne finansowe konsekwencje tego grzechu. Tego dnia, kiedy Bóg uwolnił mnie od tego ciężaru mogłem wreszcie upaść na kolana i powierzyć mu swoje życie w pełni - byłem wtedy kipiącym wulkanem radości, czekałem na tą chwilę kilka miesięcy. Czas, który nastąpił potem to ocean łask i błogosławieństw, jakie Pan Jezus ma dla każdego kto wybierze Jego drogę. Bóg czynił cuda, o które nawet nie prosiłem – przykładowo nawet nie wiem jak i kiedy po prostu przestałem przeklinać i trwanie w tym nie stanowiło dla mnie żadnego problemu choć przed nawróceniem mój język nie należał do najczystszych. Papierosy w starym życiu były dla mnie czymś naprawdę ważnym, gdyż palenie ich sprawiało mi naprawdę wielką przyjemność i sądziłem, że niełatwe będzie rozstanie z nimi. Nic bardziej błędnego - w prezencie urodzinowym dla mojej żony zaniosłem jej informację, że przestaję palić i od następnego dnia dzięki mocy Pana nie paliłem, na dodatek to rozstanie nie sprawiało mi najmniejszego problemu, co nie ukrywam dla mnie samego było zaskoczeniem. Bóg w odpowiedzi na moją gotowość służenia Mu przygotował dla mnie i mojej rodziny wiele, wspaniałych łask i błogosławieństw. W tym roku mija 10 lat jak oddałem swoje życie w ręce Pana Jezusa i gdy tylko o tym myślę jedno uczucie przepełnia moje serce - WDZIĘCZNOŚĆ. Nic lepszego nie może człowieka spotkać na tej ziemi niż poznanie Boga wszechmogącego, który sprawia, że zauważamy swoją grzeszną naturę i wybieramy wąską drogę – którą jest Jezus Chrystus. Ta wąska droga nierzadko jest trudna, ale tylko idąc nią w mocy Boga zyskujemy sens życia i mamy pewność spędzenia wieczności u boku Króla królów.
Krzysztof Dorsz
Poznań, Wrzesień 2006 |