|
|
|
|
Justyna Popadiuk Miałam niecałe 16 lat, kiedy Pan Jezus bardzo mocno zapukał do mojego serca i objawił mi siebie jako Pana i Zbawiciela. Od tego czasu minęło kilkanaście lat i przyznaję, że nie jest mi łatwo wspominać i opowiadać o tych odległych wydarzeniach. Powracanie do tego, co minęło, niekiedy bywa bolesne, ale ma sens, dlatego, że Bóg wszystko uzdrowił i przekształcił. Będąc dzieckiem byłam bardzo wrażliwa na krzywdę, której doświadczali inni ludzie, ale szczególnie ważny wydawał mi się los zwierząt i dlatego mając sześć lat postanowiłam, że zostanę weterynarzem. Miłość do zwierząt i pragnienie zrealizowania mojego marzenia zapełniały mój czas przez szereg kolejnych lat, równolegle jednak świat ze swoją niesprawiedliwością oraz zło, jakie na nim panuje powodowały we mnie uczucie bezsilności i zagubienia. Mimo tego, że rodzice otaczali mnie i moje siostry miłością nie byli w stanie uchronić mnie przed strachem, który towarzyszył mi od dzieciństwa – przekonaniem, że w świecie, który mnie otacza panuje zło i muszę bardzo się starać, żeby nie spotkało mnie nieszczęście, czy krzywda ze strony innych ludzi. Od wczesnych lat towarzyszyła mi też świadomość istnienia świata duchowego, jak każde chyba dziecko, miałam pewne wyobrażenia na temat Boga, aniołów i... diabła. Diabeł skutecznie dbał o to, żebym nie przestała się bać zarówno jego, jak i mających złe zamiary osób. W dzień często bałam się złych ludzi – na przykład, kiedy przyszło mi samotnie czekać na przystanku autobusowym albo wieczorem wracać przez las pieszo do domu po skończonych późno lekcjach; w nocy z kolei wielokrotnie nie mogłam spać, ponieważ bałam się, że gdy zasnę diabeł mnie zaskoczy. Małym źródłem pociechy w tym czasie była wiara w anioły – istoty strzegące mojego bezpieczeństwa. Nie znałam wtedy potęgi i mocy Boga – w moich wyobrażeniach był zupełnie niedostępny i nieosiągalny. Mojej dużej wrażliwości towarzyszyło mimo wszystko bardzo pogodne usposobienie – byłam lubiana przez rówieśników i nauczycieli. Gdy jednak przeżywałam trudne chwile z obawy przed utratą tej sympatii nie pozwalałam sobie na pokazanie, że nie wszystko w moim życiu jest radosne i nieskomplikowane. Ta gra była źródłem dodatkowych cierpień – czułam, że bliskie mi osoby nie znają prawdziwej Justyny i oczekują, że zawsze będę uśmiechnięta. Po rozpoczęciu nauki w liceum bardzo długo nie mogłam odnaleźć się w nowej, szkolnej rzeczywistości. Na trudności z przystosowaniem nałożyły się konsekwencje pewnego wydarzenia. Spotkało mnie dokładnie to, czego zawsze tak bardzo się bałam, a mianowicie zło ze strony człowieka. Był to ojciec mojej koleżanki, osoba, do której miałam zaufanie. Pewnego dnia wykorzystał moment, kiedy nie było jej w pobliżu i zaczął dotykać mnie w niewłaściwy sposób. To było straszne. Straciłam zaufanie do ludzi. Tak bardzo się bałam wieczornych powrotów do domu przez las, a doświadczyłam zła ze strony pozornie bezpiecznych i przyjaznych ludzi. Szamotałam się bardzo ze swoim problemem, ale nie było nikogo, kto potrafi łby mnie zrozumieć i pomóc. Kiedy w końcu powiedziałam rodzicom również nie doznałam ulgi. Bardzo starali się pomóc, lecz chyba wstydzili się do kogokolwiek zwrócić. Zostałam, dziś wiem, że niepotrzebnie, narażona na konfrontację z całą rodziną mojej koleżanki, nazwana kłamczuchą, bo przecież „nic takiego się nie stało”. Z czasem wszyscy zgodnie otoczyliśmy tę sprawę murem milczenia a ja zostałam sama z moim bólem. Nie pamiętam dobrze tych koszmarnych chwil. Wiem tylko, że było mi wtedy bardzo źle, chciałam uciec albo umrzeć. Czułam się zupełnie zagubiona i pogrążona w beznadziei. W tym samym mniej więcej czasie moja starsza siostra Agnieszka opowiedziała mi o przemianie, jakiej doznała. Mówiła chaotycznie, lecz z wielkim entuzjazmem o tym, że Bóg jest wielki, że nas kocha i może być moim Panem. Wraz z naszą przyjaciółką Beatą mówiły mi o Bożej miłości i akceptacji dla każdego, kto zdecyduje się pójść za Nim. Nie potrafi łam wówczas przyjąć tej wspaniałej prawdy dla siebie. Stwierdziłam, że powinnam naprawić swoje życie, że jestem zbyt grzeszna, by Bóg chciał mieć ze mną bliski kontakt. Mówiłam im, że wezmę pod uwagę to, czego dowiedziałam się od nich o mocy Boga, lecz muszę się przygotować. Miałam swój specyfi czny obraz Boga. Znajomość Jego Osoby opierała się głównie na wyobrażeniach. Byłam przekonana o wielkiej surowości Boga i świętości, która nie pozwala na Jego bliski kontakt ze zwykłymi ludźmi – grzesznikami. Sądziłam, że na Bożą akceptację należy sobie zasłużyć dobrym życiem, a ja takiego niestety nie prowadziłam. Czasem próbowałam się modlić, ale było to raczej religijne przyzwyczajenie niż szczera rozmowa z Ojcem. Wiedziałam, że Bóg
jest, ale zupełnie Go nie znałam, więc nie zwracałam się do Niego zbyt często.
Byłam jednak w tak rozpaczliwym położeniu, że zachęcana przez siostrę,
przyjaciółki i inne osoby chwyciłam się prawdy o Jezusie jak osoba, która tonie
i nie ma nic do stracenia. Potem, gdy zaczęłam czytać Biblię i poznawać Boga
takim, jakim On jest naprawdę zrozumiałam, że niczego nie pragnę bardziej niż
być dzieckiem Bożym i doznać przemiany życia. Dowiedziałam się, że złe
wydarzenia z przeszłości nie muszą dalej niszczyć mojego życia. Jezus Chrystus
jest Żywym i działającym w obecnych czasach Bogiem. Ma moc zmienić życie
każdego, kto zechce Mu zaufać i powierzyć swoje życie. Najbardziej poruszyła
mnie prawda, że Boże zbawienie jest dostępne dla każdego i że jest to dar
ofiarowany nam za darmo – nie można na niego zasłużyć, czy zapracować. Z czasem zaczęłam więcej czytać Biblię i pogłębiać prawdy wiary. Moje życie zaczęło się zmieniać, ponieważ coraz bliżej poznawałam mojego Zbawcę i Przyjaciela. Bardzo wiele razy doświadczyłam realności i siły Chrystusa, jako mojego lekarza, opiekuna i nauczyciela. Na zmianę niektórych dziedzin mojego życia nie trzeba było wiele czasu, ale były takie, o które w modlitwie walczyłam wiele lat. Cudem jest, że Pan odmienił to, co było trudne w przeszłości. Pokazał mi, że ma władzę nad całym światem i nad moim małym też. Zabrał strach, który w dzieciństwie mnie paraliżował. Wiem oczywiście, że niektórzy ludzie są źli, ale nie musi to powodować we mnie ogromnego strachu. Mogę też spokojnie spać – diabeł nie ma już nade mną władzy i wiem, że nadejdzie kiedyś Boży czas zniknie wszelkie zło, a zanim to nastąpi ufam Jezusowi, że ma moc zachować mnie od niego i doświadczam, że tylko z Nim jest to możliwe. Bóg nadal działa w moim życiu – dotyka we mnie wszystkiego, co potrzebuje zmiany i z radością zauważam jak trwałe efekty przemian przynosi relacja z Chrystusem. Bóg daje mi zwycięstwo nad rozpaczą, beznadzieją i złem, daje mi też siłę do życia w świecie, który mnie otacza. Bóg odnawia mnie przez te wszystkie lata. Uczy mnie tego, że cokolwiek dzieje się w moim życiu dobrego, czy złego to, jeśli trwam w relacji z Nim, On ma moc wszystko kontrolować. Kiedy spotykają mnie doświadczenia, które pozbawiają mnie sił, biegnę do mojego Ojca i u Niego szukam pociechy. Mam też wielkie wsparcie w relacjach z innymi wierzącymi w Kościele – wspólna społeczność i modlitwa są źródłem siły i radości. Trudne chwile w życiu uświadamiają mi, jak niewiele człowiek znaczy bez Bożego prowadzenia. Od siedmiu lat mam wspaniałego męża Zbyszka, a od ponad roku córeczkę Karolinkę – ich pojawienie się w moim życiu jest owocem mojej modlitwy – Bóg czuwa nad naszą rodziną w dobrym i złym czasie. Jestem wdzięczna Bogu za Jego prowadzenie w moim życiu. Nie spełniło się moje dziecięce marzenie zostania weterynarzem – zmieniłam zdanie tuż przed maturą i ukończyłam szkołę pracowników socjalnych a następnie studia w tym kierunku. Pracuję w Banku Żywności – stowarzyszeniu, którego celem jest pomoc żywnościowa dla osób będących w potrzebie. I chociaż nie znam swojej przyszłości, wiem, że Jezus zna ją dokładnie. Do tej pory uczynił wielkie rzeczy w moim życiu i wiem, że tak będzie dalej. Wiem, że gdy będę dalej kroczyć z Nim, nie mam się, czego obawiać. Powierz Panu drogę swoją, zaufaj Mu, a On wszystko dobrze uczyni. (Ps. 37, 5) |