1 Koryntian 15,10 Z łaski Boga jestem tym, czym jestem...

Urodziłem się w dość nietypowej, jak na Polską rzeczywistość, rodzinie. Od wielu pokoleń była to rodzina polskich ewangelików, wywodzących się ze Śląska Cieszyńskiego - gdzie począwszy od przebudzenia pietystycznego ewangelia w szczególny sposób przemieniła życie wielu ludzi. 
Decyzja oddania życia Jezusowi, którą nasi rodzice podjęli jako młode małżeństwo (w trakcie jednego ze spotkań przebudzeniowych w Dzięgielowie) sprawiła, że Panem naszego domu stał się Jezus. Wychowywałem się wraz z siostrą w Bożej atmosferze. Codziennie zasiadaliśmy przy stole, by czytać Słowo Boże, modlić się, grać i śpiewać Panu. Regularnie, w niedzielne popołudnia, wsiadaliśmy do naszego rodzinnego Trabanta i wyruszaliśmy w teren, by dotrzeć do jednej z wielu rodzin, które widniały na liście członków kościoła, jednak od lat były nieobecne. Celem tych odwiedzin było podzielenie się Dobrą Nowiną (większość z tych ludzi, jako nominalni członkowie kościoła luterańskiego, nie przeżyła nowego narodzenia).
Życie rodziców stało się dla nas świadectwem oddania służbie ludziom potrzebującym Jezusa.
Jako lekarz i inżynier nie zamknęli się "w swoim świecie", lecz całym sercem byli zaangażowani w sprawę Królestwa Bożego wykazując, że nie trzeba być na etacie misjonarza, by realizować misję dzieci Bożych. Wystarczy miłość do ludzi którzy nie poznali Jezusa, modlitwa i gotowość wykonywania Bożej woli...

Jestem wdzięczny Panu za moje dzieciństwo, za łaskę jaką mi okazał umożliwiając od wczesnych lat kontakt ze Słowem Bożem i przykładem życia najbliższych. Jednak wychowanie w rodzinie chrześcijańskiej nie czyni nas chrześcijanami. Ktoś powiedział: "Bóg nie ma wnuków, lecz dzieci". Stać się dzieckiem Bożym, narodzić się na nowo - to wyzwanie które staje przed każdym człowiekiem. Wyzwanie to stanęło także przede mną. Mój kryzys życia nie wyraził się w buncie czy niemoralnym postępowaniu. Walka duchowa przybrała inny wymiar.
W wieku 16 lat, w czasie w którym całym sercem i umysłem angażowałem się we wszystko co Boże, w poznawanie Jego słowa, w społeczność z wierzącymi, nadszedł czas duchowej walki. Jak ciemne chmury pojawiają się na horyzoncie, tak w moim umyśle zrodziły się myśli zwątpienia, podważające to wszystko co dotychczas było fundamentem mojej wiary. Każdego ranka otwierałem Boże Słowo, szukając w nim światła na kolejny dzień, lecz natrętne wątpliwości burzyły wszelki pokój. Pojawiały się pytania dotyczące wszystkiego - prawdziwości opisów wydarzeń, realności wielkich rzeczy opisanych w Bożym Słowie. By rozwiązać problem, szukałem pomocy w różnych książkach chrześcijańskich mających "naukowo potwierdzić" prawdziwość Biblii. Jednak myśli pozostawały, koszmar stawał się coraz większy. Bywało, że nie mogłem przespać nocy z lęku przed utratą wiary. Przebywałem z chrześcijanami, angażowałem się w życie kościoła, wyjeżdżałem na obozy, jednak nie mogłem doświadczać radości, chociaż tak bardzo tego pragnąłem.
Nadszedł w końcu moment, kiedy musiałem uznać moją bezsilności wobec siebie samego. Zawołałem do Boga: Panie, proszę, ratuj! Jeśli nie przywrócisz mi wiary, zginę!
I wtedy, ponownie zetknąłem się z cudem - tym razem dotyczył mnie samego. Tam, w mojej słabości, Pan odpowiedział. Wtedy, kiedy uznałem własną bezsilność, pojawił się pokój płynący z ufnej wiary. Pojęcie łaska nabrało dla mnie nowego, prawdziwego znaczenia.
Gdy traciłem siłę życia, Bóg stał się moją mocą. Gdy straciłem własną nadzieję, Pan obdarzył mnie swoim pokojem.
To Bóg mnie zrodził na nowo, bym został zbawiony. Teraz wiem, że niezależnie od tego w jakim otoczeniu się wychowamy, staje przed nami to samo wyzwanie i pojawia się ta sama możliwość przyjęcia zbawienia.
Jestem zbawiony z łaski. Jestem chrześcijaninem nie przez fakt narodzenia się w rodzinie chrześcijańskiej, lecz poprzez przemianę której dokonał Bóg.

Co było pierwszą reakcją nowo narodzonego dziecka Bożego? Powiedzieć innym o Jezusie. Zacząłem świadczyć w szkole, wśród przyjaciół i kolegów.
W okresie nauki w średniej szkole, rozpocząłem służbę w zespole muzycznym "E-band", który prowadził pracę ewangelizacyjną na terenie całej Polski (służyłem grą na skrzypcach, świadectwm). To okres pierwszych czterech lat poznawania smaku służby - nocnych podróży w zatłoczonych pociągach, zmęczenia i ...radości!

Gdy miałem dwadzieścia lat, poznałem moją drogą Anię. Bóg obdarzył nas wielką miłością. Oboje byliśmy wypełnieni pragnieniem służenia potrzebującym ludziom. Przez dwa lata, regularnie co tydzień, jeździliśmy do ośrodka Monaru w okolicach Poznania, świadcząc o Jezusie. Zaowocowało to powstaniem grupy biblijnej stworzonej z tych osób, które podjęły decyzję pójścia za Jezusem.
Kiedy rozpocząłem studia na Politechnice, po czasie zaczął narastać poważny dylemat dotyczący mojego życia. Ówczesne władze realizowały politykę "uczynienia studenta niezdolnym do zajmowania się rzeczami niepotrzebnymi" (polityką). Możliwości służby stawały się coraz bardziej ograniczone    . Niepostrzeżenie z mego życia zostało wyrwane coś, co było moim życiem. Zawsze interesowałem się naukami ścisłymi, jednak w tym okresie zacząłem odkrywać, że moje serce tak naprawdę pała ku czemuś zupełnie innemu. Rozpocząłem czas modlitwy i postu. Przez miesiąc pytałem Pana o Jego wolę.
Zakończyło się to dosyć drastyczną jak na tamten czas decyzją - rozpocząć studia w Seminarium. Pamiętam zdziwienie dziekana, który spogląda na mój indeks nie mogąc zrozumieć tej decyzji. Ja tymczasem odnalazłem pokój serca!
Rozpoczął się okres nauki w Seminarium. Był to wspaniały czas przygotowania do służby.

Oboje z Anią, byliśmy nadal rozpaleni pragnieniem zwiastowania ewangelii ludziom ze szczególnymi problemami.
Wyrażało się to w pracy Ani z ludźmi uzależnionymi od alkoholu, którą wykonuje do dzisiaj, a także w moim zaangażowaniu w pomoc młodym ludziom, przebywającym w Zakładzie Poprawczym w Poznaniu (co trwało przez prawie trzy lata).
Jednak z dnia na dzień wzrastało moje zrozumienie prawdy, że to lokalny zbór jest tym miejscem, które wyznaczył Pan do ratowania ludzi. Pan wysyła nas do zgubionego świata, lecz to kościół jest miejscem w którym dokonuje się dzieło uzdrowienia, to tutaj ludzie stają się użytecznymi dla Bożej sprawy uczniami Jezusa.
Po zakończeniu studiów w Seminarium proponowano mi pracę w zborach, które bardzo potrzebowały pastora. Jednak moje powołanie wyraźnie kierowało mnie ku naszemu miastu. Rozpocząłem służbę jako pastor młodzieżowy w I Zborze Chrześcijan Baptystów w Poznaniu. To wspaniały okres doświadczania Pana w pracy z młodymi, pragnącymi Boga sercami. To czas świadczenia z nimi o Jezusie na ulicach naszego miasta, stawiania czoła wyzwaniom jakie niosły problemy osób pochodzących z rozbitych rodzin.
W 1995 roku, wraz z całą Radą Zborową i chętnymi członkami zboru, rozpoczęliśmy okres modlitwy i postu, pytając Go o drogę rozwoju pracy w naszym mieście. W kaplicy zboru nie było już miejsca dla nowych osób. Potrzebowaliśmy wyraźnej wskazówki od Pana jaką drogą podążać. Odpowiedzią była decyzja założenia nowego zboru. Tą decyzję zboru Pan potwierdził różnymi znakami i proroctwem, dotykającym naszych serc.
Wiedzieliśmy, że podejmujemy ryzyko. Nie było w zasadzie szans na odzyskanie kaplicy, nie posiadaliśmy żadnego materialnego zabezpieczenia. Zdecydowaliśmy się zaufać Bogu i tak rozpoczął się cud zwany Koinonią..
Nieustannie doświadczamy łaski naszego Pana. Każdy dzień naszego życia jest wypełniony Jego miłością i wiernością.

Wierzę w dar Bożej łaski.
Wierzę w moc Bożej łaski.
Wierzę w zwycięstwo poprzez Bożą łaskę.
Wierzę i ufam Bogu...

Na zakończenie pragnę umieścić wiersz Dietricha Bonhoeffera, osoby bliskiej memu sercu.
To wyjątkowa postać w swej myśli i wyrażającej nią życiu. Dietrich Bonhoeffer gotów był by głosić słowo, głosić ustami i zapłacić cenę tego co zwiastuje.
Kim był Bonhoeffer? Na pytanie to sam udzielił odpowiedzi w jednym ze swoich wierszy napisanym w lecie 1944 r. w celi więziennej.

Kim jestem?

Kim jestem? Często mówią mi, że
wychodzę z mojej celi
opanowany i pogodny, i mocny
niczym pan ze swojego zamku

Kim jestem? Często mówią mi, że
rozmawiam z moimi strażnikami
swobodnie i życzliwie, i jasno,
jakbym władał nad nimi.

Kim jestem? Często mówią mi, że znoszę dni nieszczęścia
spokojnie, z uśmiechem i dumnie,
niczym ktoś do zwycięstwa zwykły.

Czy jestem naprawdę tym, co inni o mnie mówią?
A może jestem tylko tym, co sam wiem o sobie?
Niespokojny, tęskniący, chory, niczym ptak w klatce,
z trudem oddycham, jakby dławiło mnie coś w krtani,
pragnę kolorów, kwiatów, głosu ptaków,
oczekuję słowa dobrego, bliskości człowieka,
drżę przed gniewem despotyzmu i upokarzającymi zniewagami,
w bezustannym oczekiwaniu na wielkie sprawy
bezsilny trwożę się o przyjaciół w nieskończonej dali,
zmęczony jestem i brak mi prganienia modlitwy, myślenia, działania,
skończony i gotowy rozstać się ze wszystkim?

Kim jestem? Tym czy tamty?
A może dzisiaj jestem jednym, a nazajutrz drugim?
A może tym i tym zarazem? Przed ludźmi obłudnikiem,
przed sobą wzgardzonym wrażliwym cherlakiem?
A może, co we mnie jeszcze zostało, podobne jest do rozbitej armii,
która w panice ucieka z pola już rozstrzygniętej bitwy?
Kim jestem? To wewnętrzne pytanie kpić ze mnie może.
Kim jestem, znasz mnie, Twój jestem, o Boże!